niedziela, 22 lutego 2015



Jutro dzień walki z depresją.
Napiszę, nie tyle o samej depresji co o zaburzeniach depresyjnych i lękowych.
Taką diagnozę trzy lata temu usłyszałam. Dzisiaj jest trochę inna.
Dlaczego w ogóle poszłam do psychiatry? dziewczyna, 20-letnia wówczas. Czemu musiałam zasiąść w białym gabinecie przy biurku z Panią doktor? 

Przeprowadziłam się z małej wioski do wielkiego miasta. Porzuciłam dom rodzinny i wspomnienia które do dziś kaleczą moje serce.
Jestem DDA co dodatkowo utrudniło moje funkcjonowanie w nowym miejscu. Przez pierwsze miesiące zmiany otoczenia, straciłam całkowicie kontrole nad sobą. Z wesołej dziewczyny, która całkiem dobrze sobie radziła zamieniłam się w kłębek smutku. Dzień rozpoczynałam koło godziny 13.00. Do tego czasu walczyłam ze sobą aby wyjść z łóżka. Całe dnie chodziłam w piżamie, bo przebranie stało się tak wielkim wyzwaniem, że się poddawałam.
Nie musiałam jeść, bo głodu w ogóle nie czułam. Wystarczyło mi moje łóżko aby jakoś przetrwać wszystko.
Nie czytałam, nie słuchałam muzyki, nie kontaktowałam się z ludźmi, nie spędzałam czasu przy laptopie.
Leżałam i gapiłam się w ścianę. Zawieszałam swój wzrok a to sprawiało, że było mi przyjemnie. Nie potrzebowałam niczego prócz sufitu. Snułam smutne historie swojego życia które w końcu mnie od siebie uzależniły.
nie miałam siły ogarnąć przetłuszczonych włosów, których nie myłam od kilku dni. Paznokcie wiele miesięcy nie widziały lakieru. 
Miałam znaleźć pracę kiedy się przeprowadziłam. Koleżanka fobia społeczna nie pozwoliła mi wyjść z domu.
Bałam się wszystkiego i wszystkich. Dodatkowo obwiniałam siebie za to choć nie miałam wpływu.
Chowałam głowę pod kołdrę i kryłam się przed światem który wtedy tak mnie bolał. Nie widziałam wyjścia dla siebie. Nie panowałam nad swoim smutkiem. Przepełnił mnie całkowicie, wszystko stało się szare. 
Świat za oknem przestał obchodzić i co się w nim działo - w ogóle mnie nie interesowało. Mój świat składał się z ściany i łóżka. Niczego więcej nie potrzebowałam.
W końcu zawlokłam się na terapię. Wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans żeby jakoś sama się ogarnąć. Poszłam na kilka spotkań z terapeutą - ale niestety, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Przytakiwałam, kiwałam głową - i to by było na tyle.
Skierowano mnie do Pani doktor. Dostałam psychotropy które jakoś mnie poskładały. Zaczęłam wychodzić z domu, mniej się obawiać, czasem nawet się uśmiechnęłam. Leki poprawiły trochę mój nastrój i zwalczyły moje zaburzenia które uniemożliwiały mi wychodzenie z domu tj. nogi jak z waty, zaburzona równowaga ruchu, duszności, zastygła-sparaliżowana twarz, wrażenie że wszyscy patrzą tylko na mnie.
Smutek nie był już tak ogromny. Pamiętam, jak leżałam w łóżku i chciałam przywołać ten stan. Nie mogłam. Męczyłam się tym, że nie mogę odzyskać tego przygnębienia.
W końcu oswoiłam się z tym i przebrnęłam.

Wiem, że leki na tamten czas były konieczne. Może dałabym bez nich radę gdybym miała jakąś rękę skierowaną ku mnie. Nie było jej dlatego to było jedyne wyjście do pozbierania się.

Wszystko jednak tkwi w głowie. Same leki niczego nie załatwią. 

Najlepszym lekarstwem jest terapia. Zrozumienie i świadomość źródła.



Nie mu­sisz się wstydzić te­go, co te­raz czu­jesz. Prze­ciw­nie... to, że od­czu­wasz ta­ki ból, jest twoją naj­większą siłą. 
Joanne Kathleen Rowling



sobota, 21 lutego 2015

Odejdźcie myśli złe
czekające tylko aż nadejdzie chwila
do wykonania kroku w przód
które kończy wszystko
i zabiera mnie 

Zmiana otoczenia nie pomogła.
Jadę samochodem, rozpedzam się jak mogę i zastanawiam się czy hamowac jest sens.
Uśmiecham się sztucznie i czuję jak to mnie przerasta. Totalnie przerasta.




środa, 18 lutego 2015


Kim ja jestem?
Czasem po prostu mam dość tej drugiej osoby we mnie. Demobilizuje mnie i przyciąga na same dno.
Ładuje do głowy myśli złe które niszczą całą moją głowę. Zmagam się z nią aby wywalczyć chwilę upragnionego spokoju. Idę ulicą, próbuje się zachwycać pięknym niebem które jakoś nie specjalnie mnie wzrusza. Obojętność mnie przepełnia jakby sens wczorajszy gdzieś zanikł.
Rady ludzi zostawiam z tyłu. Trzymaj się, bądź silna, nie poddawaj się, dasz radę - cisza. chcę to wyłączyć. nie chcę słyszeć nic.
pragnę ciszy w której się zatracę. Pragnę nie słyszeć, że mam w sobie siłę, że mogę z tego wyjść...
nie chcę mieć wyrzutów sumienia, gdy jednak tej rady nie daje.
A ja? ta chyba ja. Tak bardzo potrzebuje tego wsparcia, tłuczenia do głowy, że mogę mogę mogę!
to wszystko zależy ode mnie. Nie od cudownych tabsów - ode mnie.
Mogę wyprostować swoje skrzywienia, mogę zatrzymać falę zalewającego smutku i negatywnych myśli.
Mogę nie sięgać po te destrukcyjne pomysły. Mogę wszystko odepchnąć jak bumerang'a. 
Mogę, tylko muszę chcieć. A ja tak często nie chce. Wystarczy to wszystko odepchnąć, wstać, zacząć skakać i powiedzieć sobie: to tylko w Twojej głowie, przestań słuchać jej!
Wystarczy skulić głowę i poprosić o pomoc, nawet kiedy słyszysz głos, że nie warta jesteś jej.
Mój mózg jest wadliwy, potrzebuję przycisku reset aby czasem przywrócić się do życia.
Potrzebuję siebie aby wejść w siebie.


wtorek, 17 lutego 2015

Są dni, kiedy jakoś milej na siebie spoglądam. Patrzę nieśmiało w lustro i skrycie się do siebie uśmiecham.
Nie przeszkadza mi wtedy tak bardzo za duży nos, widzę nawet całkiem znośną twarz.
Przychodzą też dni, kiedy moje lustro przygniata mnie do ziemi.
Widzę wtedy te brzydkie i krzywe nogi, za szerokie biodra, kilogramy których powinno nie być.
Widzę puste oczy które nie chcą dłużej patrzeć.
Przypadkiem oglądam się w odbiciu szyby idąc ulicą, myślę sobie: czemu jestem taka okropna. Porównuje się z obcymi osobami, zazdroszcząc całkowicie.
Czasem przez krótką chwilę, wierzę że jestem całkiem ładna. To nie trwa długo, bo kiedy wychodzę z domu oczy ludzi krzyczą do mnie, że jest inaczej.
Ich spojrzenia rzucane w moją stronę są zbudzeniem z mojego kłamstwa.
Maszeruje ulicami jakaś taka nijaka. Dziewczyna gorszej próby, nie warta kochania. Każdy ciepły gest, słowo skierowane w moją stronę jak najcenniejszy skarb - a ja nie warta na nie.


poniedziałek, 16 lutego 2015

nie jestem głodna.



o co właściwie chodzi z tym moim jedzeniem?

Dwa lata temu chorowałam na dość poważną fobie społeczną. Skutkiem tej fobii była izolacja w domu, trzęsące się nogi, nie byłam w stanie czasem kroku wykonać, dni spędzane w łóżku bo bałam się ludzi, wszyscy i wszystko na mnie patrzyło.
Najgorzej jednak wspominam JEDZENIE. Nie byłam w stanie jeść w miejscach publicznych - moja twarz drętwiała, dziwne paraliże. Kiedy siłą zmusiłam się wejść do jakiegoś baru, restauracji ze znajomymi - odmawiałam jedzenia. Nigdy nie byłam głodna. Zamawiałam kawę dla świętego spokoju.
Mogłam jeść tylko w samotności. Bez ludzi. Nawet w swoim domu, kiedy w mieszkaniu ktoś był - nie jadłam.
Potrafiłam przetrwać kilka dni na jakimś batonie, jogurcie czy żelkach. Pamiętam pracę za granicą, kiedy pracowałam po 14 godzin - w efekcie spałam po 3 godziny... pamiętam znajomych którzy mi ciągle towarzyszyli... pamiętam tydzień nie jedzenia. Pamiętam siódmy dzień kiedy już mdlałam.
o co chodzi w tym wszystkim? chodzi mi o LUDZI.
Dalej to powraca... po prostu, nie mogę. Nie wiem czemu - mogę jeść kiedy jestem sama, wtedy jest nawet normalnie.
Czemu tak się dzieje? na myśl przychodzą mi PIEROGI.
Przed oczami mam mamę która odbiera mi talerz i nie pozwala jeść. Dlaczego? konsekwencja. kara.
co musiałam zrobić żeby dziecku zabronić jedzenia? 
zawiozłam tatę na zakupy samochodem. Tak, to było w wieku 18-lat. 
Pamiętam jak strasznie płakałam przez ten posrany obiad. Pamiętam ten ból kiedy wydarła mi z rąk talerz i powiedziała, że mam sama robić sobie zakupy i niczego nie jeść.
Dzisiaj mogę jeść a nie potrafię.

Czy to miało aż tak wielki wpływ na moje zaburzenia obecne?
Czuję się jak potwór kiedy zjem trzy posiłki dziennie. Czuję wielki wstręt - kiedy pozwalam sobie jeść. 
Najlepiej czuję się gdy przez kilka dni, nie mam niczego w ustach.