Jutro dzień walki z depresją.
Napiszę, nie tyle o samej depresji co o zaburzeniach depresyjnych i lękowych.
Taką diagnozę trzy lata temu usłyszałam. Dzisiaj jest trochę inna.
Dlaczego w ogóle poszłam do psychiatry? dziewczyna, 20-letnia wówczas. Czemu musiałam zasiąść w białym gabinecie przy biurku z Panią doktor?
Przeprowadziłam się z małej wioski do wielkiego miasta. Porzuciłam dom rodzinny i wspomnienia które do dziś kaleczą moje serce.
Jestem DDA co dodatkowo utrudniło moje funkcjonowanie w nowym miejscu. Przez pierwsze miesiące zmiany otoczenia, straciłam całkowicie kontrole nad sobą. Z wesołej dziewczyny, która całkiem dobrze sobie radziła zamieniłam się w kłębek smutku. Dzień rozpoczynałam koło godziny 13.00. Do tego czasu walczyłam ze sobą aby wyjść z łóżka. Całe dnie chodziłam w piżamie, bo przebranie stało się tak wielkim wyzwaniem, że się poddawałam.
Nie musiałam jeść, bo głodu w ogóle nie czułam. Wystarczyło mi moje łóżko aby jakoś przetrwać wszystko.
Nie czytałam, nie słuchałam muzyki, nie kontaktowałam się z ludźmi, nie spędzałam czasu przy laptopie.
Leżałam i gapiłam się w ścianę. Zawieszałam swój wzrok a to sprawiało, że było mi przyjemnie. Nie potrzebowałam niczego prócz sufitu. Snułam smutne historie swojego życia które w końcu mnie od siebie uzależniły.
nie miałam siły ogarnąć przetłuszczonych włosów, których nie myłam od kilku dni. Paznokcie wiele miesięcy nie widziały lakieru.
Miałam znaleźć pracę kiedy się przeprowadziłam. Koleżanka fobia społeczna nie pozwoliła mi wyjść z domu.
Bałam się wszystkiego i wszystkich. Dodatkowo obwiniałam siebie za to choć nie miałam wpływu.
Chowałam głowę pod kołdrę i kryłam się przed światem który wtedy tak mnie bolał. Nie widziałam wyjścia dla siebie. Nie panowałam nad swoim smutkiem. Przepełnił mnie całkowicie, wszystko stało się szare.
Świat za oknem przestał obchodzić i co się w nim działo - w ogóle mnie nie interesowało. Mój świat składał się z ściany i łóżka. Niczego więcej nie potrzebowałam.
W końcu zawlokłam się na terapię. Wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans żeby jakoś sama się ogarnąć. Poszłam na kilka spotkań z terapeutą - ale niestety, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Przytakiwałam, kiwałam głową - i to by było na tyle.
Skierowano mnie do Pani doktor. Dostałam psychotropy które jakoś mnie poskładały. Zaczęłam wychodzić z domu, mniej się obawiać, czasem nawet się uśmiechnęłam. Leki poprawiły trochę mój nastrój i zwalczyły moje zaburzenia które uniemożliwiały mi wychodzenie z domu tj. nogi jak z waty, zaburzona równowaga ruchu, duszności, zastygła-sparaliżowana twarz, wrażenie że wszyscy patrzą tylko na mnie.
Smutek nie był już tak ogromny. Pamiętam, jak leżałam w łóżku i chciałam przywołać ten stan. Nie mogłam. Męczyłam się tym, że nie mogę odzyskać tego przygnębienia.W końcu oswoiłam się z tym i przebrnęłam.
Wiem, że leki na tamten czas były konieczne. Może dałabym bez nich radę gdybym miała jakąś rękę skierowaną ku mnie. Nie było jej dlatego to było jedyne wyjście do pozbierania się.
Wszystko jednak tkwi w głowie. Same leki niczego nie załatwią.
Najlepszym lekarstwem jest terapia. Zrozumienie i świadomość źródła.
Nie musisz się wstydzić tego, co teraz czujesz. Przeciwnie... to, że odczuwasz taki ból, jest twoją największą siłą.
Joanne Kathleen Rowling


